Na stronie używamy cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystywanie. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.
unikalne i sprawdzone wypracowania

Szkoła, obraz szkoły w „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza

JUŻ 9902 WYPRACOWANIA W BAZIE!

Szkoła w książce Witolda Gombrowicza pt.: „Ferdydurke” to kolejne miejsce, w którym człowiek wpada w pułapkę formy – w formę ucznia. Została ona ukazana w świetle zdecydowanie negatywnym. W rozdziale drugim widzimy, jak małego Józia niemal siłą wcielają w „życie koleżeńskie”. Wszelkie jego protesty zostają natychmiast stłamszone. Nauczyciele cieszą się, że mogą „wpakować” kolejną istotę w formę. Wszystko wydaje się bezmyślne, automatyczne i mechaniczne. Najbardziej znaczącym zadaniem profesorów jest „unaiwnianie” młodzieży.

Ukierunkowanie ich powinno kierować się w stronę ogłupienia. Uczniowie nie powinni być zbyt mądrzy, a najgorsze, co mogłoby się wydarzyć, to próba samodzielnego myślenia. „Pomimo to wciąż są za mało naiwni – poskarżył się kwaśno nauczyciel. – Nie chcą być jak młode kartofelki. Nasadziliśmy na nich matki, ale i to jeszcze nie wystarcza. Wciąż nie możemy wydobyć z nich świeżości i naiwności młodzieńczej”. Ewidentnie nauczyciele dążą do tego, aby doprowadzić do skretynienia uczniów. Traktują ich jak dzieci, robią różnego rodzaju podchody.

Szkoła to właśnie wspomniane przez profesora Pimko „pudełko” z nierealną atmosferą. W pewnym momencie można zadać sobie pytanie, kto tak naprawdę jest kim w tej szkole. Nauczyciele zachowują się jak dzieci, które niczego nie rozumieją. Jeden z nich zza pnia dębu obserwuje młodzież. Nie ma w tym nic poważnego, a przecież szkoła to z założenia miejsce, gdzie przez sporą część życia wychowujemy się i kształcimy. Szkoła Gombrowicza nie ma z tym nic wspólnego.

Fragmenty te stanowią oczywistą krytykę systemu szkolnego, który zmusza uczniów do zacieśniania swoich horyzontów myślowych. Już samo to, że nikt nie zdaje się dostrzegać faktu, iż Józio ma trzydzieści lat, jest znaczący. Nauczyciele i tak traktują go jak niedorozwiniętego młodzieńca. Sami uczniowie również zachowują się w dziwny sposób – używają w mowie słów, których najprawdopodobniej nie rozumieją, zupełnie jakby wykuli je na pamięć, bez żadnej refleksji.

Uczniowie znajdują się pod ścisłym nadzorem wszechobecnych nauczycieli oraz matek zaglądających do środka zza płotu. Nieustannie też łapią się za pupy. Zresztą uważają „pupę” za piękne słowo. Wszystko w tej szkole zdaje się być zupełnie na opak. W ogóle jest to forma dziwaczna w swoim kształcie. Uczniowie rozmawiają na dziwne tematy, nauczyciele zwracają się do nich, jakby ci byli na poziomie przedszkolaków. Dochodzi do pojedynków, które same w sobie nie są bijatyką, a pojedynkami na miny. Uczniowie chcą udowodnić, że nie są niewinni, przez co jeszcze bardziej udowadniają, że są niewinni, bo nieświadomi tego, że tego właśnie chcą nauczyciele.

W ujęciu Gombrowicza szkoła przypomina wielkie pudełko, izolator od prawdziwej rzeczywistości. Uczniowie uczeni są rzeczy zupełnie niepotrzebnych. Szkoła zmusza do dostosowywania się do poziomu otoczenia, przez co niszczy człowieka i doprowadza do jego powolnego skretynienia.

Bycie uczniem (ale także – bycie nauczycielem) to forma jak każda inna. To właśnie podkreśla Gombrowicz: każda forma nas ogranicza – przybierana w szkole szczególnie, bo sięga po narzędzia edukacyjne. Zamiast nauczać, sprawia, że uczniowie durnieją. Nie ma tu miejsca na oryginalność, pomysłowość, intelekt wybitnej jednostki.

Szkoła to według Witolda Gombrowicza i forma, i wylęgarnia form – uczy nas życia według schematów, szablonów i ogólnie przyjętych norm. To ona ćwiczy w nas posłuszeństwo wobec formy.

Podobne wypracowania