Na stronie używamy cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystywanie. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.
unikalne i sprawdzone wypracowania

„Inny świat” Gustaw Herling-Grudziński - łagrowa rzeczywistość

JUŻ 9902 WYPRACOWANIA W BAZIE!

Dzień w łagrze zaczynał się o wpół do szóstej. Więźniowie mieli problem z wstaniem, gdyż krótki sen nie zapewniał odpoczynku. Ubrania, w których chodzili były tak delikatne i łatane tyle razy, że zdjęcie tego z ciała groziło totalnym rozpadem. Problem stanowiły też buty, które więźniowie robili z blach, kawałków drutów i sznurka. Miały one wystarczać na jedenastogodzinny dzień pracy. Każdy musiał się stawić na poranny apel, potem kierowali się w stronę kuchni. Tutaj dokonywał się podział więźniów ze względu na rodzaj i wytrzymałość w pracy. Stachanowcy, najlepiej ubrani, podczas wydawania posiłków stawali zawsze do „trzeciego kotła”. Ich wydajność w pracy wynosiła około sto dwadzieścia pięć procent normy. Ich pokarm składał się z dużej łyżki gęstej kaszy, i kawałka solonej treski lub śledzia. Przy drugim kociołku gromadzili się ludzie, których dzienna wydajność wynosiła sto procent normy. Pierwsi ustawiali się przeważnie starcy i kobiety z brygad, w których niemożliwym było obliczanie normy systemem procentowym. Dostawali oni łyżkę kaszy, ale bez śledzia. Ostatni kocioł otaczali nędzarze w podartych ubraniach, rozpadających się, przewiązanych sznurkiem chodakach. Dostawali łyżkę kaszy tak rzadkiej, że przypominała wodę. Ich wygląd budził grozę, bardziej przypominali chodzące trupy. Wychudłe ciała, poorane bruzdami, oczy zaropiałe, szeroko otwarte z głodu. Miedzy nimi często dochodziło do sporów, kłócili się o każdy kęs, wyrywali sobie wzajemnie menażki z kaszą. Mało który więzień donosił swój posiłek do kuchni, najczęściej zjadał go po drodze. Potem następowało rozejście się do brygad i wymarsz do pracy.

W obozie zdarzały się dni wolne. Nigdy nie wiadomo było kiedy wypadną, ale już samo czekanie na nie dawało więźniom poczucie sensu, dawało im nadzieję. Ludzie pozbawieni wszystkiego, doceniają najmniejszy odruch szczęścia. Kiedy przychodził ten dzień nastroje w obozie jawnie się zmieniały. Więźniowie pozdrawiali się nawzajem, byli bardziej serdeczni. Ktoś zaczynał grać, inny śpiewać. Robiło się gwarno jak w dzień handlowy. Był to jedyny dzień, który więzień miał prawo sobie zaplanować i ułożyć po swojemu. W barakach prowadzone były rozmowy, nie było herbaty, więc więźniowie popijali wrzątek. Ci, którzy mieli rodziny pisali do nich listy. Piśmienni więźniowie za kawałek chleba proponowali swoje usługi niepiśmiennym. Inni wyciągali stare listy i odczytywali je na głos. Ludzie w baraku zamieniali się w jedną wielką rodzinę.

Podobne wypracowania