Na stronie używamy cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystywanie. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.
unikalne i sprawdzone wypracowania

Moja przygoda w lesie – opowiadanie z opisem przeżyć wewnętrznych

JUŻ 9902 WYPRACOWANIA W BAZIE!

Działo się to podczas wyprawy rowerowej, którą co jakiś czas organizujemy z kolegami. Był dość ciepły dzień pod koniec lata. Wyruszyliśmy jak zwykle z samego rana i tym razem pojechaliśmy w rejony dość daleko za miastem, których wcale nie znałem.

Zbliżało się powoli południe, gdy ustaliliśmy, że przydałoby się podreperować śniadaniem nadwątlone siły i odpocząć. Syci i pokrzepieni rozejrzeliśmy się wokół i zachwyceni urodą starego boru, nie czekając długo, ruszyliśmy w poszukiwaniu grzybów.

Było nas sześciu, więc rozeszliśmy się po dwóch w różne strony od głazu przy sośnie, gdzie zostawiliśmy rowery i gdzie za godzinę mieliśmy zebrać się, żeby ocenić efekty grzybobrania.

Ja szedłem na północ od kamienia razem z Bartkiem i umówiliśmy się, że będziemy co jakiś czas zerkać, czy towarzysz znajduje się w zasięgu wzroku i zaczęliśmy poszukiwania. Przez jakiś czas pamiętałem, żeby kontrolować, czy Bartek jest gdzieś blisko, ale pod sporym świerkiem spostrzegłem rodzinę pięknych borowików. Zanim pozbierałem wszystkie okazy ze znalezionego „stadka”, minęła dobra chwila i gdy rozejrzałem się wokół siebie, nie dostrzegłem nigdzie mojego druha.

Przez chwilę stałem i nasłuchiwałem, czy skądś nie dobiega szelest trącanych liści albo trzask łamanych gałęzi, ale nade mną tylko uparcie kukała kukułka – „Nie mam przy sobie drobniaków” – pomyślałem. Poza tym panowała głucha cisza. Zdałem sobie sprawę, że nie wiem ani z której strony przyszliśmy – musiałem, skupiony na borowikach, zakręcić się parę razy w kółko –  ani w którą mam teraz iść. To mnie zaniepokoiło. Nie znałem tego lasu, a to wszystko, co widziałem dookoła, było takie samo.

Wybrałem kierunek, który zachęcił mnie najmniejszą ilością chaszczy. Szedłem powoli, rozglądając się uważnie, czy gdzieś nie mignie mi niebieska bluza Bartka. Zdawałem sobie sprawę, że moja sytuacja zaczyna robić się groźna. Las przecież mógł się ciągnąć kilometrami, a tylko przypadek mógł sprawić, że wybrałem akurat kierunek, gdzie znalazłbym wyznaczone miejsce spotkań. Przypomniałem sobie o mchu na drzewach rosnącym od północy i żeby zawsze w tamtą stronę podążać, ale jakoś mech nie rósł na tych drzewach.

Serce zaczęło mi mocniej bić, bo usłyszałem nagle jakiś szelest w gęstwinie nieopodal. Stanąłem i czekałem, co się wydarzy, patrząc w tamtą stronę. Czułem, że dłoń, w której trzymam reklamówkę z borowikowym łupem, robi się mokra od potu, a w głowie zaczęły mi przelatywać najróżniejsze myśli. Uzmysłowiłem sobie, że mam przecież scyzoryk wzięty do zrywania grzybów, więc jeśli jakiś niezbyt duży zwierz chciałby mnie zaatakować, to mam się czym bronić. Czułem, że serce wali mi coraz mocniej. „Jeśli to dzik, to nie wiem, jak sobie poradzę” – przemknęło mi przez głowę. Strach całkowicie sparaliżował mi ruchy. Czekałem i  chociaż mijały sekundy, mnie wydawało się, że trwa to bardzo długo.

W pewnej chwili z chaszczy wyszedł lis. Popatrzył chwilę na mnie, po czym uciekł. Powietrze jakby ze mnie uszło. Poczułem ogromną ulgę i w duchu sam z siebie się podśmiewałem, że ten rudzielec tak bardzo mnie wystraszył.

Błąkałem się jeszcze kilkanaście minut bez żadnego planu, gdy usłyszałem dość daleko swoje imię. „Znaleźli mnie – ucieszyłem się – albo to ja znalazłem ich”.
- Jestem tuuuuu – krzyknąłem najgłośniej jak potrafiłem.
- Krzycz do nas, to szybciej cię znajdziemy – usłyszałem w odpowiedzi.

Jakiś czas to trwało, ale w końcu zobaczyłem wszystkich kolegów zadowolonych, że nie zaginąłem na dobre. Gdy szliśmy w stronę rowerów opowiedziałem im o rodzinie borowików, które były przyczyną mojego zagubienia i o lisie, który wystraszył mnie nie na żarty.    

Podobne wypracowania