Na stronie używamy cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystywanie. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.
unikalne i sprawdzone wypracowania

Joseph Conrad „Jądro ciemności” - charakterystyka Marlowa

JUŻ 9902 WYPRACOWANIA W BAZIE!

Charlie Marlow nie pierwszy raz pojawia się w prozie Josepha Conrada, pełniąc rolę narratora czy gawędziarza. Jego powściągliwa postawa, pełen mądrości dystans do przedstawianych zdarzeń przywodzą na myśl archetyp starca-mędrca, ale też pozwalają widzieć w jego osobie alter ego samego autora. W „Jądrze ciemności” Marlow – znany już czytelnikom z wcześniejszych utworów pisarza, choćby z „Lorda Jima” – wysuwa się na pierwszy plan, tym razem nie jest narratorem, ale głównym bohaterem opowiadania.

Narrator niewiele uwagi poświęca zewnętrznemu wyglądowi Marlowa, który czasem przypomina współczesnego Buddę, innym razem podobny jest do ascety. Kiedy opowiada o swoich przygodach załodze krążownika „Nellie”, widzimy go przez chwilę w świetle gasnącej zapałki: „Miał zapadłe policzki, żółtą cerę, proste plecy, wygląd ascety, a ze swymi obwisłymi ramionami i rękami leżącymi na kolanach dłonią ku górze podobny był do bożka (…) Nastała chwila głębokiej ciszy, potem błysnęła zapałka i szczupła twarz Marlowa wystąpiła z mroku zniszczona, zapadnięta, z fałdami zbiegającymi ku dołowi, ze spuszczonymi powiekami, jakby uważna i skupiona; a gdy raz po raz zaciągnął się dymem z fajki, jego twarz zdawała się cofać w noc i znów występować, w miarę jak drobny płomyk błyskał w regularnych odstępach. Zapałka zgasła”.

Marlow jest przede wszystkim marynarzem, człowiekiem morza. Od dziecka śnił o dalekich podróżach, pragnął popłynąć dookoła świata i poznać jego tajemnice. Dzięki uporowi zrealizował zwoje marzenie. Stał się doskonałym marynarzem, jedynym zawodowcem na pokładzie krążownika. Lata spędzone na morzu odcisnęły na nim niezatarty ślad.  Morze go ukształtowało i morze go zniszczyło. Stał się pesymistą i samotnikiem. W przyszłość patrzył bez cienia nadziei, wątpił nawet, że zdoła ujść z życiem z Afryki. Morze nauczało go też strachu przed nieokiełznanymi siłami natury. Wreszcie lata spędzone na poznawaniu świata doprowadziły go do rozczarowania i wyrzeczenia się własnej narodowości.

Bohater „Jądra ciemności” jest człowiekiem samotnym, raczej ponurym. Nie można powiedzieć, że odcina się od ludzi, bo ich życie go interesuje. Przygląda mu się z zaciekawieniem, ale sam pozostaje nieco z boku. Rzadko zabiera głos, większość swoich opinii pozostawia dla siebie. Być może dlatego jest doskonałym słuchaczem. Jego powściągliwość i ciekawość często były brane za życzliwość, przez co ludzie chętnie mu się zwierzali. Nawet ci, których nie lubił, lgnęli do niego i powierzali mu swoje sekrety. Dopiero z wiekiem staje się gawędziarzem. Czuje potrzebę podzielania się tym ogromem własnych przygód i zasłyszanych od innych historii.

Wartością, którą ceni w ludziach najwyżej, jest zdolność do ciężkiej pracy. Sam w pracy odnajdował sens życia i ucieczkę od rozpaczy czy strachu. Dlatego chętnie otaczał się ludźmi silnymi, gotowymi stawiać opór naturze: „(...) Zaciągnęliśmy po drodze pewną liczbę tych drabów jako załogę. To bycze chłopy – ludożercy – na właściwym miejscu. Z tymi ludźmi można było pracować – jestem im za to wdzięczny. I ostatecznie nie zjadali się nawzajem na moich oczach”. Te słowa to przykład humoru, ale i tolerancji Marlowa. Wartość człowieka mierzył jego zdolnością do ciężkiej pracy. Jednocześnie nienawidził zakłamania. Ludźmi fałszywymi, do których zaliczał niewątpliwie dyrektora stacji centralnej, pogardzał, choć nie okazywał im tego. Kategoryzując ludzi, oceniając ich, Marlow ma na myśli mężczyzn, bo ich świat znał. Kobiety są dla niego zbyt tajemnicze, stanowią jakąś obcą rzeczywistość, której nie zna, a nawet powątpiewa w jej istnienie. O kobietach mówi: „(...) Żyją we własnym świecie, który właściwie nigdy nie istniał i istnieć nie może. Jest na to o wiele za piękny, a gdyby można taki świat zbudować, rozleciałby się przed zachodem słońca”.

Marlow polega przede wszystkim na sobie. Nawet w chwilach grozy i załamania nie odwołuje się do Boga, można więc przypuszczać, że nie był osobą wierzącą. Jego świecki system moralny odrzuca wszelki fałsz i kłamstwo: „(...) nie cierpię, nie znoszę kłamstwa, nie dlatego, abym był bardziej prawy od reszty ludzi, ale po prostu dlatego, że kłamstwo mnie przeraża. Ma na sobie skazę śmierci, wydziela zapaszek śmiertelności – tego właśnie, czego nienawidzę i nie cierpię – o czym chcę zapomnieć”. To dlatego tak trudno mu przychodzi rozmowa z ukochana Kurtza i fałszywe przytoczenie jego ostatnich słów.

Podobne wypracowania