Na stronie używamy cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystywanie. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.
unikalne i sprawdzone wypracowania

„Bajki robotów” - Stanisław Lem „Trzej elektrycerze” - streszczenie, interpretacja

Stanisław Lem, Lem, Bajki robotów

JUŻ 9902 WYPRACOWANIA W BAZIE!

„Trzej elektrycerze” to jedna z powszechniej znanych bajek Stanisława Lema. Utwór rozpoczyna się od przedstawienia postaci wybitnego konstruktora, którego wynalazki były znane na całym świecie. Budował wielkie i małe maszyny, wszystkie zaś w równej mierze zadziwiały uczonych. Któregoś dnia postanowił stworzyć coś niezwykłego, a mianowicie – istoty rozumne, z wody, czyste, piękne i krystaliczne. Na najbardziej odległej planecie od Słońca wyciosał z lodu lud Kryonidów. Mogli żyć oni tylko w mroźnym środowisku, z dala od światła. Wynalazca wybudował im również wspaniale pałace i miasta. Kryonia była widoczna nawet z odległych planet, bowiem znajdowały się na niej przecudne kamienie, które odbijały zorze polarne. Znalazło się wielu śmiałków, którzy chcieli ją podbić i zdobyć drogocenne łupy.

Pierwszym był elektrycerz Mosiężny, ale wystarczyło tylko, że postawił nogę na lodowej planecie, a zamarznięta pokrywa stopiła się, zaś on sam wpadł w otchłań mórz kryńskich. Kolejnym śmiałkiem okazał się elektrycerz  Żelazny. Postanowił uniknąć losu poprzednika i wypił ogromną ilość płynnego helu, jednak wyparował on od tarcia atmosferycznego, a sam nieszczęśnik wpadł na skały lodowe. Okazało się, że po chwili stężał mu smar i biedak nie mógł się ruszyć ani na krok. Prawdopodobnie siedzi tak po dziś dzień: „Nazywają tę górę Żelazną, a w oczodołach jej lśni wzrok zamarznięty”.

Wydawałoby się, że tragiczny los rycerzy odstraszy kolejnych zuchów, jednak nie przeraził on na tyle trzeciego elektrycerza, by miał on zrezygnować z wyprawy. Był nim Kwarcowy. Miał tę właściwość, że mógł stawać się zimnym, kiedy chciał, zaś wyłącznie od myślenia rozgrzewał mu się kwarcowy mózg. Postanowił więc unikać jakiegokolwiek myślenia i w ten sposób pokonać Kryonidów. Przez całą drogę powtarzał sobie frazę: „Nic po tym, byle tylko nie myśleć, a będzie dobra nasza”. W ten sposób dotarł aż do samej stolicy Kryonidów, Frygidy. Do tej pory szło mu doskonale. Pokonał nawet sławnego Boreala, Astroucha i Albucyda. W końcu na spotkanie wyszedł mu sam Baryon, zwany Lodoustnym – największy mędrzec na planecie. Kwarcowy już przygotowywał się do ataku, kiedy Baryon wyciągnął przed nim dwa palce, elektrycerz zawahał się i zaczął myśleć, co by to mogło znaczyć, potem mędrzec kolejno pokazywał mu jeden palec, kółko i palec włożony w kółko. Kwarcowy ciągle myślał, co by to miało wyobrażać, aż w końcu przy ostatnim znaku wpadł w otchłań wody, która się pod nim utworzyła.

Kryonidzi nie mogli się nadziwić, jak udało się Baryonowi pokonać tak potężnego rycerza tylko za pomocą paru znaków. Mędrzec wyjaśnił im ich sens: otóż dwa palce znaczyły, że jest ich dwóch, jeden, że zaraz Baryon zostanie sam, kółko, że tworzy się wokół Kwarcowego przepaść, która zaraz go pochłonie. Kryonidzi byli pod wrażeniem mądrości Lodoustnego, jednak w największe zdumienie wprawiał ich fakt, iż dawał on wiadome znaki przeciwnikowi. Mędrzec uspokoił ich słowami, że był pewien, że Kwarcowy niczego nie pojmie, bo już sam fakt, że przybył na ich planetę po klejnoty gazowe i srebrne gwiazdy z lodu, świadczy o jego głupocie. Bo przecież, po co by mu one były, skoro mieszka na planecie pod Słońcem; gdyby miał choć trochę rozumu, wiedziałby, że w jednej chwili wszystkie kamienie by się rozstąpiły.

Bajka kończy się ironicznym stwierdzeniem odautorskim, że od czasów Kwarcowego nikt nie próbował dotrzeć już do Kryonii, być może zabrakło głupców: „(...) chociaż niektórzy mówią, że ich jeszcze sporo, a tylko drogi nie znają” – spuentuje autor.

Ta nieco zabawna bajka, jak każdy utwór tego typu, ma głębszy, dydaktyczny sens. Można ją odczytywać jako obraz naszych ludzkich zmagań i dążeń do zdobycia czegoś niezwykle wartościowego, cennego, ale tylko w naszym mniemaniu, bo tak naprawdę, tu na ziemi, będącego tylko – tak jak i my sami – czymś śmiertelnym i znikomym. Nie warto więc poświęcać zdrowia i życia na ściganie czegoś niemożliwego, skoro może to oznaczać wyłącznie albo klęskę, albo – ostatecznie – świadomość straty mnóstwa czasu.

Podobne wypracowania