Na stronie używamy cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystywanie. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.
unikalne i sprawdzone wypracowania

Tadeusz Konwicki „Mała apokalipsa” - znaczenie tytułu powieści. Opracowanie

JUŻ 9902 WYPRACOWANIA W BAZIE!

Tytuł książki Tadeusza Konwickiego „Mała apokalipsa” nawiązuje do biblijnego Nowego Testamentu i ostatniej jego księgi, czyli Apokalipsy świętego Jana. Księga ta jest jedyną w Biblii opowiadającą o przyszłych zdarzeniach, czyli nadejściu końca świata, upadku dotychczasowego porządku, chwilowym tryumfie zła i następującym po nim odrodzeniu. Apokalipsa świętego Jana pełna jest symboli i wieloznaczności, spór o ich prawidłowe odczytanie trwa do dziś i zapewne nigdy nie zostanie zakończony.

„Mała apokalipsa” opowiada o nadciągającym końcu Polski lat siedemdziesiątych, czyli o schyłkowym okresie komunizmu oraz o końcu świata głównego bohatera, podstarzałego pisarza-opozycjonisty, wyznaczonego przez kolegów do popełnienia samobójstwa przez samospalenie przed gmachem Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Oba procesy opisane są w książce wnikliwie i obrazowo – rzeczywistość komunistycznego państwa, budowanego od połowy lat czterdziestych, ulega stopniowemu i nieodwracalnemu rozkładowi. Polska Rzeczpospolita Ludowa to państwo braków i niedostatku, nie polegających jednak na rzucającej się w oczy biedzie, bezdomności czy żebractwie, ale na widocznych na każdym kroku niedoróbkach i niedociągnięciach oraz całkowitej obojętności obywateli wobec tych zjawisk. Bohatera nie dziwi zapowiedź braku wody w kamienicy, gdzie mieszka ani wizyta człowieka zakręcającego mu gaz. Z całkowitym spokojem komentuje szarość ulic i brud budynków nazywając Pałac Kultury i Nauki starym szaletem. Nie zastanawia się nad powodami nie kursowania autobusów czy tramwajów czy brakami podstawowych towarów w sklepach albo nad kolejką ustawiającą się przed jednym z nich, otwieranym dopiero jutro. To obrazki, normalne dla okresu schyłkowego PRL-u.

O rozkładzie i zbliżającej się „apokalipsie” świadczą zdarzenia takie jak nagłe zawalenie się mostu nad Wisłą, łączącego dzielnice stolicy, odpadanie fasady Pałacu Kultury i Nauki, wspomniany w czasie wędrówki bohatera przez miasto obrazek samolotu mającego problemy w czasie lotu, który prawdopodobnie ulegnie za chwilę katastrofie. Wreszcie koniec świata oznacza koniec Polski – do Warszawy przyjechał przywódca ZSRR, by świętować przyłączenie naszego kraju do Związku Radzieckiego jako kolejnej republiki tego państwa. Bohater spotyka też obcokrajowca z Niemiec, którego celem jest negocjowanie sprzedaży Niemcom województwa zielonogórskiego. Rozpada się Polska, rozpada się życie społeczne, rozpada się świat.

Zapowiedź końca znajduje się zresztą na samym początku książki: „Oto nadchodzi koniec świata. Oto nadciąga, zbliża się czy raczej przypełza mój własny koniec świata” – pisze autor. Jego własny koniec to straceńcza misja, jakiej podjął się za namową kolegów z opozycji. Ma symbolicznie pozbawić się życia, by w ten sposób zaprotestować przeciwko utracie niepodległości Polski. Bohater początkowo stawia opór, ale powoli godzi się ze swoim losem, wędrując po Warszawie widzi małość, obłudę i fałsz otaczających go ludzi i to także popycha go do wypełnienia samobójczej misji. Wizja Konwickiego jest przerażająca – społeczeństwo składa się z ludzi obojętnych, podporządkowanych władzy albo jej pomocników: szpicli, agentów, milicjantów. Nawet opozycjoniści w jakiś sposób przysługują się rządzącym, zastygli w swoich rolach, czerpiąc z tego korzyści i sławę. Nie ma prawie nikogo szlachetnego, może oprócz nagle znalezionej miłości głównego bohatera, Nadieżdy, paradoksalnie Rosjanki z pochodzenia. Błyskawicznie rozkwitłe uczucie jest za słabe, by odwieść bohatera od wypełnienia misji.

„Mała apokalipsa” kończy się bardzo gorzko, nie można liczyć, że tak jak w Apokalipsie świętego Jana na ziemię zstąpi Bóg i przepędzi siły zła. Konwicki stwierdza ustami bohatera, że Boga wymyślili ludzie, dlatego nie ma już żadnej nadziei.

Podobne wypracowania